Na skraju dżungli

Co robić w mieście położonym w Amazonii, na granicy trzech krajów - Kolumbii, Brazylii i Peru? Myślałam, że dowiem się w skarbnicy wiedzy, czyli w Internecie. Nie było jednak praktycznie żadnych informacji, leciałam w ciemno.


Lotnisko powalające rozmiarem. Tak małym, że może pomieścić aż 2 samoloty! Chyba jednak taka ilość w jednym czasie nie jest powszechna i na płycie znajduje się zero, bądź w porywach jeden. Przylatuje, wyrzuca pasażerów i wraca do Bogoty(koniecznie odwiedźcie to miasto). Czekając na nasz samolot i nie mając pojęcia czego się spodziewać obserwowałyśmy ludzi na lotnisku. Ze wzajemnością, wzrok skierowany na nas sugerował, że postradałyśmy zmysły, dwie młode dziewczyny w pełnym makijażu, z różową walizką(moja siostra) śmiejące się bez przerwy i rozmawiające w jakimś niezrozumiałym języku. Dopiero na miejscu zorientowałyśmy się czemu ludzie tak dziwnie na nas patrzyli. Podziurawione drogi nie ułatwiały ciągnięcia walizki, wilgotność po paru minutach z umalowanych piękności zamieniła nas w coś na podobieństwo klaunów, a po wyprostowanych włosach pozostało wspomnienie. Przygodo nadchodzimy!


Nawet w dżungli znalazłyśmy couchsurfing! Właściciel pewnego hostelu ugościł nas za darmo, Jak się później okazało przysporzyłyśmy mu trochę kłopotów przez wypadek, który miałyśmy w Brazylii, ale o tym innym razem. Co mogę powiedzieć o samej Leticii, jest to miasto liczące zaledwie 37 tysięcy mieszkańców i ma się wrażenie, że wszyscy wsiedli na skutery i jeżdżą na około próbując Cię potrącić. Tak poważnie to jeszcze nigdy nie widziałam miejsca podobnego do tego, początek był szokujący, jednak im dłużej tam przebywałam, tym coraz poważniej się zakochiwałam. To właśnie tam zrodził się mój plan, żeby przeprowadzić się do Ameryki Południowej. Leticia jest stolicą departamentu(coś jak stan czy województwo) Amazonas i leży nad Amazonką. Od Brazylii i Peru dzieli ją zaledwie parę kilometrów. W przeszłości Kolumbia toczyła spór z Peru o to miasto, które finalnie w latach 20. zostało przyznane pierwszemu z tych krajów. Kto by się zresztą nie kłócił o takie miejsce? Obecnie miasto jest przede wszystkim bazą wypadową do Amazonii, przedsmakiem tego co czeka nas w dżungli.


Zainteresowanie miejscowych naszymi osobami było ogromne. Widują sporo podróżników, ale Ci podróżnicy wyglądają na takich. My raczej jakbyśmy tam trafiły przypadkiem. Oczywiście piszę to humorystycznie, jednak ludzie faktycznie oceniają Cię przez pryzmat tego jaki masz outfit w podróży. Idealny dla podróżnika to wiadomo ogromny plecach, ze przyczepionym do niego nieodłącznym śpiworem, bandana na głowie, broda(dobra, to akurat tylko faceci) i wiadomo ciało niemyte od paru dni, żeby podkreślić, że jest się prawdziwym backpackerem. Kto wygląda inaczej, czytaj my, nie zalicza się do kręgu prawdziwych podróżników. Dobrze, że w mojej głowie panują inne standardy i niezależnie od outfitu określam siebie jako podróżnika.
Krótkie przemyślenia o tym jak łatwo ludzie oceniają innych, nawet na wydawałoby się tak neutralnym gruncie, czyli w podróży. W końcu, wtedy mieszają się kultury, języki i wygląd.


Tak spacerując po ulicach, czy nawet określę to dziurach Leticii rozwaliłam sobie klapeczki, więc nieuchronnie czekał nas shopping. Sprzedawcy już zacierali ręce na myśl o gringas wydających te ich dolary w ich skromnych sklepikach. Dodatkowo do listy zakupów dochodził strój do dżungli. Białe legginsy, białe koszulki na długi rękaw oraz czarne kalosze. Jasne ubrania, żeby nie przyciągać komarów, a kalosze, cóż, chodząc po dżungli lepiej mieć zakryte nogi na wypadek spotkania węża na naszej ścieżce(czy co gorsza jakiegoś pająka). Kolejnym sklepem podczas tego szału zakupowego była apteka, gdzie musiałyśmy zaopatrzyć się w mydełko nopikex odstraszające insekty. Na nic się zdaje zabieranie takich specyfików z Polski, nie są wystarczająco silne. To dostępne w Kolumbii chronią o wiele lepiej. Tak czy inaczej, kto jedzie do Amazonii, nieważne jakie ubrania założy, jakimi kremami się wysmaruje i tak zostanie pogryziony. Swędzenia w skali 0-10 nie oceniam, bo wychodzi daleko poza skalę. Po zakupach zostało tylko zapłacić naszemu przewodnikowi mając nadzieje, że jeszcze jutro go zobaczymy. Za co płaciłyśmy? Za łódź, kapitana, jedzenie, opiekę nad nami, żeby pilnował, aby żaden wąż nas nie udusił i idealistycznie, żeby wspierać lokalnych ludzi, którzy chcą pokazywać swój piękny region ludziom ciekawym świata.


Carlos, nas przewodnik zabrał również zapas wody(w wielkim 10-litrowym worku) oraz jedzenie, takie jak różne śmieszne owoce, których nigdy wcześniej na oczy nie widziałyśmy, kurczaka, trochę warzyw, a resztę mieliśmy upolować na miejscu. Z niezbędnych rzeczy - nóż, latarka, opatrunki. Miałyśmy także przekraczać granice z Peru i Brazylią, więc na wypadek niespodziewanej kontroli na środku Amazonki trzeba wyjąć paszporty profesjonalnie zabezpieczone foliową siatką.


Wszystko przygotowane, podekscytowanie wyrywało nas z kaloszy, wsiadłyśmy na naszą łódź i rozpoczęłyśmy najlepszą przygodę naszego życia! 

Comments