Aloha from Hawaii!

Dlaczego miałabym uwierzyć w to, że kiedykolwiek znajdę się na Hawajach? Że ktoś zapłaci za mój bilet lotniczy, hotel i jedzenie, a na dodatek dorzuci 500 dolców? Brzmi niemożliwie. Pisząc to jestem głową w chmurach. I to dosłownie, właśnie mój samolot wzniósł się w górę i wracam z Hawajów! Spędziłam 10 dni na Maui, jednej z rajskich wysp. Tak się właśnie przekonałam, że niemożliwe nie istnieje! Już od dawna podejrzewałam, że jakaś tajemnicza siła na mnie działa i sprawia, że wciąż mam szczęście.

Wysiadając z samolotu byłam gotowa ujrzeć turkusowy Ocean z umięśnionymi surferami na wielkich falach, rozległe plaże z tancerkami hula ubranymi w spódnice z trawy, z kokosami na piersiach i oczywiście wieńcami kwiatów na szyi, palmy na każdym kroku oraz w tle jakiś wulkan. Cóż, rzeczywistość nieco się różniła. Powitał mnie... deszcz i kurczaki! Nie było czym oddychać, ledwie co ciągnęłam moją walizkę za sobą. Kurczaki wymuszały pierwszeństwo na drodze, a droga do hotelu nie przypominała rajskich krajobrazów. Właśnie tutaj sprawdziła się teoria, żeby nie kierować się pierwszym wrażeniem. Starając się myśleć pozytywnie wysiadłam z samochodu z uśmiechem na ustach i przepadłam. Widok jak z bajki, dokładnie jak z moich wyobrażeń. Kobiety tańczące hula, a mężczyźni grający na ukulele. Wszyscy ludzie noszący koszule w kwiaty, a obsługa hotelowa zakładająca po kolei każdemu naszyjniki z muszli na szyje. Wszystko to na tle Oceanu, plaż i palm. Dla wielu osób wakacje na Hawajach kończą się właśnie na tym, części ludzi nie rusza się poza hotel, nie zapominając o leżeniu nad basenem z telefonem przyklejonym do ręki i koniecznie pod parasolem, bo w końcu tak gorąco. Przyjechałam na wakacje z rodzinką u której pracuję w San Francisco, żeby pomóc im opiekować się ich dziećmi, ale dostałam aż nadto czasu wolnego. Mój czas wolny w Stanach to czas święty, nie marnuję ani minuty, wciąż coś odkrywam, podziwiam, zwiedzam, zachwycam się. Jako, że chodzę z bananem na buzi 24h na dobę, ludzie chyba widzą moją pozytywną energię i nie mam problemu z zawieraniem nowych znajomości. Właśnie Ci ludzie, których spotykam na swojej drodze sprawiają, że ląduje w miejscach o których nigdy bym nie usłyszała, gdyby nie oni. Wszyscy moi nowi znajomi z Maui są instruktorami surfingu albo nurkowania. Nawet mi powiedzieli, że jeśli mieszka się w tym miejscu nie ma innej możliwości, musisz surfować i nurkować. Chyba za bardzo ufam ludziom, ale dzięki temu przeżywam cudowne chwile, więc moje kalkulacje są na plusie. Wybrać się z nowo poznanym kolegą na totalnie ciemną plażę z dala od jakichkolwiek świateł? Pewnie, dzięki temu zobaczyłam najbardziej niebywały widok gwiazd w moim życiu! To było uczucie nie do opisania, niebo wyglądało jakbym mogła je dotknąć, co chwilę przelatywała jakaś spadająca gwiazda i droga mleczna była widoczna jak nigdy. A ten pokaz odbywa się na Hawajach każdego dnia.

Co trzeba zobaczyć będąc na Maui? Hana Highway! Droga wzdłuż wybrzeża prowadząca do miejscowości Hana. Nie taka zwykła ta droga, mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że najbardziej niezwykła jaką jechałam. 85 km, a wśród nich 617 zakrętów! Prowadząca przez dżungle, z palmami, bambusami, eukaliptusami, wodospadami, mnóstwem rajskich ptaków. Po drodze aż nie wypada się nie zatrzymać i nie skusić się na kąpiele w wodospadach. Jeden wpada do drugiego, drugi do trzeciego, tak doliczyłam do siedmiu, a pewnie wyżej jest ich jeszcze więcej. Na końcu drogi, w Hana czekała na mnie plaża z czerwonym piaskiem położona w zatoce otoczonej klifami. Plus moi znajomi skaczący z tych klifów. Dobrze, że zostawili kluczyki do samochodu w widocznym miejscu, w razie czego miałabym jak wrócić. Chyba jednak wiedzieli co robią, bo nie musiałam prowadzić. Byliśmy u celu podróży i czy był sens wracać tą samą drogą? W końcu byliśmy na małej wyspie, więc przejechaliśmy ją dookoła! Tutaj zaskoczyła mnie różnorodność krajobrazu, wyjechaliśmy z dżungli, przejechaliśmy obok wulkanu i pojawiła się pustynia, a później winnice, gdzie musieliśmy spróbować ananasowego wina. Tak więc już drugiego dnia objechałam całą wyspę dookoła.

Kolejne dni mijały mi na pracy 8 godzin dziennie. Ciężkie życie tak leżeć nad basenem i patrzeć jak dzieci biegają na około. Sprawę utrudniał trochę fakt, że opiekuję się czwórką dzieci, także raz na jakiś czas musiałam wstawać i ich rozdzielać, żeby się przypadkiem nie pozabijały. Nie muszę również ukrywać, że przez większość czasu bawiłam się z nimi, bo przecież nie dałabym rady tak długo nic nie robić. Czasami nawet potwory zgadzały się iść na tą okropną plażę, gdzie jest tyle piasku! Później tylko jęczały, że nie chcą kończyć zabawy z boogie board. Prawie jak surfing, tylko na leżąco i blisko brzegu.

Tak spędziłam moje pierwsze 3 dni na zachodniej części wyspy zwanej Wailea, a następnie musiałam zacząć spędzać mój czas bardziej intensywnie. Przygodom i zachwytom nie było końca. Czas zejść na ziemię, a może pod wodę? W kolejnej części podwodny świat!
Gotowa do podróży
Wciąż nie mogę uwierzyć, że lecę na Hawaje
Hula i ukulele
Pierwszy raz na plaży
Widok z okna, źle nie jest
Z takim widokiem nie można wstać lewą nogą
Zabieram potwory na plażę
Idę na plażę, idę na plażę...
Wailea Beach
Tryskam szczęściem
God bless you
Od tych widoków odbije mi palma
Mówiłam, że pojechałam tam do pracy?
Praca z widokiem
Nie taki zły ten basen
Można nawet się przekonać do porannego biegania 
Prosto w stronę słońca
To jak to, one nie rosną na drzewach?!
Welcome to the jungle
Wodospady, dżungla i selfie, nasza podróż do Hana
Droga na plażę nietypowym szlakiem
Red Sand Beach
Hana
Szaleje ze szczęścia!

Comments