Latest Posts

Przeprowadzam się do...

...nowego miejsca! Dwa tygodnie posiedziałam w Polsce, walizki nawet nie rozpakowałam, miałam inne plany na najbliższe pół roku, ale jednak za 10 dni wsiadam do samolotu i lecę. No właśnie, gdzie? Wszystko za chwilę zdradzę!


Jak wiele osób już wie, nie dostałam wizy do Stanów Zjednoczonych, a planowałam trochę tam pobyć i wrócić. Oczywiście, że nie chciałabym zostać, a jakbym miała, to bym została poprzednim razem, kiedy tam mieszkałam. Szorty, koszulki na ramiączka i sukienki już miałam poukładane w walizce, a ta wizyta w ambasadzie zepsuła moje plany. Musiałam wymyślić plan B. Państw na świecie jest przynajmniej 194, więc wybór miałam dość duży. W Ameryce Północnej już mieszkałam, z Ameryki Południowej dopiero co wróciłam, a z Europy pochodzę, więc jaki kontynent wybrać jako kolejny? Dostałam pracę w Afryce i Azji. Długo się zastanawiałam, ale WYBRAŁAM AZJĘ.

Postanowiłam trochę się z Wami pobawić w zgadywanki i dać parę wskazówek na temat kraju, do którego się wybieram:

-Znajduje się w Azji Centralnej
-Językiem urzędowym jest rosyjski
-Były członek Związku Radzieckiego
-Nie ma dostępu do morza
-Dominującą religią jest islam

Czy ktoś już wie? 
KIRGISTAN!!!!

Dostałam kontrakt jako nauczyciel angielskiego na sześć miesięcy, a wylatuję już za tydzień! Dopiero co kupiłam bilety, teraz muszę trochę ochłonąć z wrażenia i zająć się sprawami organizacyjnymi jak dokumenty, ubezpieczenie, pakowanie itd. W postach na blogu postaram się Was zabrać w kolejną podróż ze mną. Na zachęcenie obejrzyjcie to video, żeby przygotować się na tę przygodę;)



Gdzie jest moja walizka?!

Przy ilości lotów, które odbyłam w życiu naprawdę byłam zszokowana, że jeszcze nigdy, żadne linie lotnicze nie zgubiły mojej walizki. Ja to jednak jestem szczęściara! Przynajmniej tak myślałam, ale wszystko do czasu... Wracając już z tych wszystkich moich podróży i na mnie musiało trafić!


Miałam opuścić Wenezuelę, ale, żeby nie wpaść w totalną rzeczywistość(i depresję z tym związaną) i wrócić od razu do Polski, postanowiłam wydłużyć sobie wakacje. Linie lotnicze miały dla mnie jednak inny plan i te wakacje chciały mi koniecznie skrócić. 


Bilet z Wenezueli na Dominikanę już od dawna miałam kupiony. Z przesiadką na Curacao, bo jak zwykle kupuje to co najtańsze. W Santo Domingo miałam mieć tylko parę dni, ale jak zwykle, planowałam wykorzystać czas jak najaktywniej. Któregoś dnia włócząc się po ulicach Caracas przyszedł mi email, otworzyłam, a tam wiadomość, że mój lot Caracas-Curacao jest opóźniony i przez to nie zdążę na kolejny lot Curacao-Dominikana. Taka ot wiadomość, żadnego rozwiązania, tylko poinformowanie mnie. Dziękuję, ale przepraszam, co teraz mam zrobić?! Zapomniałam dodać, że już prosto z Dominikany miałam w końcu wrócić do Polski, więc tak trochę bardzo mi zależało, żeby na tej Dominikanie się znaleźć. To dobra, próbowałam używać moich ostatnich danych komórkowych, żeby skontaktować się z InselAir(tak nazywają się te nieszczęsne linie, zaraz wytłumaczę dokładniej, czemu NIGDY nie powinniście nimi latać). Pisanie maili nic nie dawało, a zadzwonić nie mogłam. Nie wszyscy pewnie się orientują, ale w Wenezueli nie można wykonywać połączeń międzynarodowych. Ze spuszczoną głową powierzyłam mojemu tacie poszukanie rozwiązań. Były dwa - zwrot kosztów(co wiązałoby się z kolejnymi problemami, bo lot kupowałam przez moje konto amerykańskie, które później zlikwidowałam) lub zmiana lotu. Oczy mi się zaczęły świecić, że tak fajnie, coś nieoczekiwanego się stanie! Pierwszy lot zostawiłam tak jak miało być, na Curacao, ale drugi wybrałam dopiero na kolejny dzień, tak, żebym spędziła cały dzień i noc na Curacao, a dopiero z rana bym leciała na Dominikanę. Nie było tak łatwo i przyjemnie, bo nie ma bezpośrednich lotów na tej trasie, tylko z przesiadką na Arubie. To oczy znów jak pięć złoty, że jeszcze może i Arubę by szybko zaliczyć. Dobrze, że moi rodzice nie są tak porywczy jak ja i starają się gasić czasem ten mój zapał. Loty miałam już ogarnięte, nic nie musiałam dodatkowo płacić, tylko musiałam znaleźć hosta na couchsurfingu na Curacao i gotowe. Tak w każdym razie myślałam.


Ostatni dzień w Wenezueli, musiałam wykorzystać najlepiej jak się dało i stwierdziłam, że fajnie by było jednak coś przywieźć po tych moich podróżach dla rodzinki. Staram się nigdy nie chodzić na zakupy, od dwóch lat nie kupowałam praktycznie żadnych rzeczy ani ubrań. Co mam jest wystarczające, nie potrzebuje po prostu mieć czegoś, dla samego faktu posiadania. Poza tym, co ja jeszcze bym upchnęła do mojej walizki, gdzie trzymam wszystko co mam. Na parę drobiazgów dla najbliższych jednak się zdecydowałam. Następnego dnia miałam lot. W Wenezueli na loty międzynarodowe trzeba stawić się cztery(!) godziny wcześniej. Przyjechałam faktycznie o czasie, myślałam sobie - Oho, będę pierwsza - Nic bardziej mylnego, byłam ostatnia w kolejce. A w kolejce od godziny zastój, bo system się popsuł i każdego ręcznie trzeba było odprawiać. To sobie przyjechałam wcześniej, akurat, żeby czekać trzy godziny. Wrzuciłam mój bagaż do odprawy, po kryjomu próbowałam odprawić jeszcze drugą walizkę, tak na cebulaka, żeby nie płacić. -Hola hola, ale za ten dodatkowy bagaż to musi Pani dopłacić!- Karci mnie facet z obsługi - Przepraszam bardzo, ale mój lot się spóźnił tak, że przegapiłam kolejny, od trzech godzin stoję w kolejce, a lot jest opóźniony o dziesięć godzin, musiałam płacić za hotel na Curacao(kłamstwo), kupować kolejny lot(kłamstwo) i nie starczy mi pieniędzy, żeby zapłacić za dodatkowy bagaż(to akurat prawda)! - Wkurzyli mnie na tym lotnisku, więc uznałam, że należy mi się jakaś rekompensata. - Dobra, weź ten bagaż(prawie 20 kg) jako Twoją torbę podręczną. Tylko potrzebuję jeszcze Twój numer telefonu. - Perspektywa wciągania do samolotu trzech toreb podręcznych, w sumie ważących około 40 kilo średnio mi się uśmiechała, ale na pewno bardziej niż płacenie. Odprawiłam się i usiadłam. Po dziesięciu godzinach i poznaniu przynajmniej trzydziestu osób z którymi dzieliliśmy się historiami swojego życia, w końcu udało mi się wejść na pokład! Udało mi się nawet dolecieć na Curacao! Miałam niewiele czasu, ale wykorzystałam go najbardziej jak się dało, spałam dwie godziny i prawie się spóźniłam z rana na kolejny samolot. (Za parę dni opiszę Curacao, bo naprawdę jest co!)


Wstałam na lekkim kacu, zupełnie już się nie przejmując tymi lotami, bo cóż gorszego mogło się wydarzyć? Okazało się, że sporo! Na lotnisko biegłam, wepchnęłam się do kolejki, bo do odlotu zostało 30 minut. Ciemnoskóra Pani zza lady popatrzyła na mnie z politowaniem, kiedy próbowałam ją przekonać, że wczoraj już płaciłam za dodatkowy bagaż - Proszę się udać zapłacić za bagaż. - Nie było z nią rozmowy. - Ahh może, gdybym z mężczyzną zagadała. I jacy wszyscy są rygorystyczni poza Wenezuelą - Szeptałam sobie pod nosem. Miarka się przebrała jak próbowałam dostać się na odloty, a tam dostaję informacje, że muszę zapłacić 40 dolarów jakiegoś podatku. - No nie, tego już za dużo, mam lot za 20 minut, mokre włosy, musiałam zapłacić za walizkę 40 dolców, a teraz kolejny hajs ze mnie chcą zdzierać - Zaczęło się we mnie gotować, zrobiłam awanturę i nie chcą już słyszeć tych moich narzekań, puścili mnie. Jeszcze po drodze kontrola celna, musiałam ściągać wszystkie dodatki, wyjmować laptopa, ściągać buty. Tak więc za chwilę biegłam przez lotnisko bez butów, ze spadającymi spodniami bez paska, a ja dobiegłam do bramek to się dowiedziałam, że samolot jest opóźniony. -Kurwa, przecież jestem na Karaibach, jak ja mogę się tak denerwować?! - Dobrze, że faktycznie byłam na Karaibach i nikt moich polskich przekleństw nie rozumiał. Podeszłam zapytać o ile opóźniony jest lot, a oni mi mówią, że przecież ja nie lecę na Dominikanę, bo jestem odprawiona tylko na Arubę. 8:00 rano, a ja po tych wszystkich perypetiach nie miałam siły na kolejne wykłócanie się. W tej sytuacji mogło już pomóc tylko wino. Dostałam zaproszenie(w formie całej butelki) do picia od pewnych przemiłych chłopaków z Aruby. Już miałam załatwiony nocleg, jedzenie i przewodników po Arubie, ale z opresji(czy jednak z dobrego położenia?) postanowili uratować mnie pracownicy lotniska i chwilę przed odlotem odprawili mnie na Dominikanę. Podobno mój bagaż również. 


Po 20 minutach doleciałam na Arubę niestety nie mogąc nacieszyć się ciepłym powietrzem i miłymi widokami, musiałam biegłam z jednego samolotu do kolejnego. Jak już wsiadłam do niego, puściłam reggaeton w słuchawkach to nareszcie się zrelaksowałam i pomyślałam o moich ostatnich dniach w Ameryce Łacińskiej, że na pewno będą cudowne.
Doleciałam na Dominikanę! Nie mogłam w to uwierzyć, przebierałam nogami ze szczęścia, trochę też ze stresu, bo mój host czekał od trzech godzin na lotnisku(przynajmniej miałam nadzieję, że czekał), a ja z Wenezuelskim numerem, który nie działa poza krajem, nie mogłam dać mu znać, że mam opóźnienie. Samo wyjście przez kontrolę służby celnej zajęło mi ponad godzinę, ale udało mi się, wyszłam odebrać bagaż! Rozglądam się, a tego bagażu NIE MA. W odpowiedzi na moje zgłoszenie zagubienia bagażu usłyszałam, że mam piękne oczy i numer telefonu, który spisali miał służyć tylko nękaniem mnie wiadomościami, które z moim bagażem nie miały nic wspólnego. Wyszłam z lotniska zdenerwowana i zrezygnowana, a do mnie podbiega przystojny Dominikańczyk, chwyta moje rzeczy, całuje w policzek i oznajmia - Dziewczynooo, ile ja się na Ciebie naczekałem! Jedziemy na plaże!


W Dominikanie się zakochałam, mieszkałam parę dni w barrio, włóczyłam się między kolonialnymi ulicami Santo Domingo, jadłam świeżo złowione ryby na plaży, piłam tyle co nigdy wcześniej w życiu, a tańczyłam jeszcze więcej i nie mogłam wymarzyć sobie lepszego pożegnania z Ameryką Łacińską! Po co te wszystkie nerwy, co mi tam, że zgubili mi walizkę, ja właśnie wracałam do domu, kończąc przygodę mojego życia!

Wczoraj, po miesiącu i pięciu dniach od kiedy walizkę zgubiłam dostaję telefon - Znalazłem Pani walizkę! Jutro wyślę ją z Curacao przez Amsterdam do Warszawy. - To dopiero nieoczekiwana wiadomość, ale pojechałam na Lotnisko Chopina, żeby ją odebrać - Przykro mi, ale Pani walizka w drodze do Warszawy się zgubiła. - SERIO? Myślałam o tych wszystkich fajnych drobiazgach, które przywiozłam dla rodzinki. Naprawdę chciałam wszystkich nimi obdarować. Odjeżdżając z lotniska z pustymi rękoma miałam wrażenie, że wkrótce na nie wrócę. Dziś z rana kolejny telefon - Nie uwierzy Pani, ale NA PRAWDĘ mamy już Pani walizkę w Warszawie! - Jutro wracam na lotnisko odebrać walizkę i kupić bilet, bo znów się przeprowadzam;)

Wiesz, że spotykasz się z Wenezuelczykiem/Wenezuelką, jeśli...


Wiesz, że spotykasz się z Wenezuelczykiem, jeśli...

1. Płaci za Ciebie. Nie akceptuje żadnej formy protestu lub podzielenia się rachunkiem;
2. Nie otwiera przed Tobą drzwi. Ani do samochodu, ani do domu.;
3. Na pierwszej randce łapie Cię za rękę, przytula,... 
4. ... i całuje;
5. Potrafi być bardzo intensywny, jeśli chce Cię poznać. I nie odpuszcza, póki nie dostanie Twojego numeru;
6. Jest bezpośredni i mówi co chce;
7. Nie kupuje Ci kwiatów;
8. Oczekuje, że zawsze będziesz mieć pełny makijaż, krótką sukienkę i obcasy;
9. Potrafi świetnie tańczyć;
10. Oczekuje, że będziesz mu gotować i po nim sprzątać;
11. Komplementuje Cię i się Tobą zachwyca na każdym kroku;
12. Wypisuje do Ciebie całymi dniami;
13. Nie pozwala Ci wyjść samej z koleżankami. Za duże ryzyko, że ktoś Cię zaczepi;
14. Na imprezach pije rum. Dużo rumu;
15. Obraca się i gwiżdże za większością kobiet na ulicy;
15. Cały czas dzwoni do niego mama;
16. Mieszka z rodzicami i musi dostać pozwolenie od rodziców, żeby wyjść z domu;
17. W jego samochodzie zawsze rozbrzmiewa reggaeton;
18. Jego mama patrzy na Ciebie podejrzliwie, czy aby jesteś odpowiednia dla syna(czytaj: sprzątasz i gotujesz);
19. Modli się przed posiłkami i chodzi do kościoła;
20. Fakt, że dziewczyna jest zajęta nie przeszkadza mu w podrywie;
21. Uważa, że to na głowie mężczyzny jest utrzymanie rodziny;
22. Mógłby jeść tylko i wyłącznie arepas
23. Niczego nie traktuje poważnie. Ze wszystkiego żartuje;
24. Sąsiedzi są dla niego jak członkowie rodziny;
25. Już po krótkim okresie związku rozmawia z Tobą o ślubie i dzieciach;
26. Jesteś dla niego ważniejsza niż przyjaciele;
27. Wszystko co pochodzi z Wenezueli jest dla niego najlepsze;
28. Potrafi być bardzo zazdrosny i zaborczy;
29. Zawsze sprawia, że czujesz się atrakcyjna;
30. Nigdy nie znajdziesz bardziej namiętnego, żarliwego, płomiennego i zmysłowego mężczyzny.


Wiesz, że spotykasz się z Wenezuelką jeśli....

1. Szykuje się do wyjścia 2 godziny. Nie ważne czy to na spacer z psem czy na elegancką imprezę;
2. Oczekuje prezentów;
3. Uważa, że będziesz za nią płacił. Wszędzie. I zawsze;
4. Jest bardzo otwarta, zawsze uśmiechnięta i dużo się śmieje;
5. Potrafi urządzić awanturę na środku ulicy. Taki temperament;
6. Przygotowuje Ci jedzenie i za Ciebie sprząta;
7. Zmusza Cię do tańca;
8. Dzwoni i rozmawia z Tobą przez parę godzin;
9. Zawsze się spóźnia;
10. Robi tysiące selfie. Jeden z powodów punktu powyżej;
11. Jest zazdrosna o każdą kobietę na którą spojrzysz;
12. Prawdopodobnie jest modelką;
13. Wie jak pokazać swoją kobiecość i seksapil. I się tego nie wstydzi;
14. Znasz całą jej rodzinę;
15. Jest przesądna. Nie stawia torebki na podłodze czy nie siada na rogu stołu;
16. Zostaje na imprezach do samego rana. Najchętniej na parkiecie;
17. Chce wiedzieć o Tobie wszystko. Pełna inwigilacja;
18. Nigdy nie wyciąga pierwsza ręki po kłótni. To by uraziło jej dumę;
19. Bez problemu nawiązuje rozmowę z każdą napotkaną osobą;
20. Oczekuje ciągłego zainteresowania jej osobą;
21. Nie lubi być zaczepiana przez obcych mężczyzn na ulicy;
22. Łatwo się obraża i nie chce z Tobą rozmawiać, a później i tak Ty musisz pierwszy wyciągać rękę(punkt 18.);
23. Mieszka z rodzicami i nie może Cię zaprosić do swojego pokoju. Siedzicie zawsze w salonie z jej rodzicami;
24. Przygotowuje romantyczne kolacje ze świecami;
25. Jesteś zmuszony oglądać z nią telenowele. Najlepiej jakbyś jeszcze przy nich płakał;
26. Nie ma samochodu i chce, żebyś wszędzie ją woził;
27. Całymi dniami może słuchać reggaetonu;
28. Musisz wciąż robić jej zdjęcia, na każdym tle. A później i tak liczy się tylko to jak ona wyszła;
29. Kontakt fizyczny z innymi ludźmi jest dla niej zupełnie normalny i nie oznacza, że czuje coś więcej;
30. Nigdy nie znajdziesz bardziej namiętnej, żarliwej, płomiennej i zmysłowej kobiety.

Powrót do Polski

Jestem w Polsce! Po ponad półtora roku w podróży w końcu wylądowałam w Warszawie! Ze łzami w oczach rzuciłam się rodzicom w ramiona i poczułam, że mam po co wracać!


Były ciężkie momenty w podróży, nie zaprzeczę. Czasem ryczałam w poduszkę i myślałam, że na co mi te podróże, czy nie mogę już usiąść spokojnie na tyłku. Zamiast pomyśleć o powrocie to zazwyczaj, żeby przeszedł mi dołek włączałam mapę świata i myślałam o tym, gdzie byłoby mi lepiej. Prawda wszystkim dobrze znana, że zawsze nam lepiej, tam gdzie nas nie ma.

Wracałam do Polski drogą okrężną, bo zamiast lotu bezpośredniego wybrałam się najpierw w podróż po Wenezueli(taaak, jak zwykle sama) -  Margarita, Canaima, Salto Angel, Caracas, kolejno na Curacao, później nie planując tego na Arubę i na Dominikanę. W każdym z tych miejsc odpowiednio parę dni, które wkrótce opiszę, obiecuję! A jest co opisywać! Po tym długim objeździe w końcu doleciałam do Polski. 24 grudnia około drugiej po południu, akurat, żeby wykąpać się, przebrać i zasiąść do stołu Wigilijnego. Powinnam dodać i w końcu się najeść. W zeszłym roku na Wigilii miałam swoje miejsce przy stole, które widziałam z ekranu laptopa, a w tym mogłam przy nim usiąść. Dla tych wspólnych chwil z rodziną mogłabym poświęcić nawet te moje podróże... chwila zastanowienia, jednak nie;p Mimo wszystko dużo bym poświęciła, na prawdę!
Odespałam jet lag i pojechałam w góry. Przynajmniej wciąż nie opuściłam Polski. Kocham Zakopane i Polskie góry zimą, zresztą latem również. Pojadłam pierogów, tatara, barszczu, gulaszu, rosołku, schabowego z ziemniaczkami. Na popicie wódka i czułam, że jestem w Polsce! Jedzenie smakowało jak nigdy wcześniej, rozpływało się w ustach. Pogoda też nawet mi się podobała, dawno mi nie pizgało. Tak na prawdę było tak jak wcześniej, tylko ja w końcu potrafiłam to docenić. Jedno mi tylko dokuczało, za dużo wolnego czasu! Sylwester się zbliżał, a ja nie mogłam już usiedzieć. Wzięłam samochód i pojechałam do Budapesztu. I tak nieźle, że w Warszawie wytrzymałam półtorej dnia, a w Zakopanem trzy. Objechałam Węgry, Słowację, Austrię, Czechy i wróciłam. Nie planowałam tego, ale powrót do Polski, do rzeczywistości był tak nierzeczywisty, że znów uciekłam. Bo podróż to też taka forma ucieczki od codzienności. Ja wciąż uciekam i się do tego przyznaję. Bo rutyna mnie demotywuje, sprawia, że nie mam chęci do działania. Ja żyję w trochę innej codzienności, zapominam jaki jest dzień tygodnia, wszystko mam w jednej walizce, nie mam stałej pracy, dochodów, podatków. Nie znaczy, że nie mam problemów. Moim problemem bywa, że nie stać mnie na jakiś bilet, jak zachoruję to najpierw muszę się dowiedzieć czy to w ogóle obejmuje moje ubezpieczenie, spanie w okropnych warunkach czy brak prysznica. Jaką codzienność wolisz TY?


Tydzień temu wróciłam z mojego krótkiego eurotripa i tak gniję w łóżku. Wkrótce znów się przeprowadzam do innego kraju, ale w międzyczasie mam tak zwany  czas dla siebie, czyli jak dla mnie flaki z olejem. A flaków nie lubię w żadnej postaci, ani talerzu, ani w moim życiu. Taki chyba już mój styl życia, ciągle w drodze. W Polsce pogoda mi obrzydła, tylko bym pod kołdrą leżała, a odpoczywać nie lubię. Mieć dużo czasu wolnego też nie. Tylko na jedzenie nie narzekam, bo co jak co, ale apetyt mam zawsze wielki. A największy to na życie!;)))

Podróżowanie jest niebezpieczne

W mediach mówią o tym jak wszędzie jest niebezpiecznie, a podróżnicy zaprzeczają, mówiąc, że nigdy nic się im nie stało. Ja, po napadzie z bronią w ręku i moja siostra, po dwóch(w ciągu miesiąca), przedstawimy Wam trochę historii z naszych podróży, gdy wcale bezpiecznie się nie czułyśmy.


Kocham podróżować, wciąż będę to robić, ale muszę Wam to trochę odczarować, nie zawsze jest tak kolorowo i bezpiecznie jak się wydaje. Ryzykujemy każdego dnia wsiadając do samochodu, wypadek może zdarzyć się w każdej części świata. Napad z bronią w ręku jest jednak bardziej prawdopodobny w niektórych częściach świata. Problemy, które spotykają nas w rodzinnym mieście. czy w naszym kraju są łatwiejsze do ogarnięcia, niż, gdy zostajemy na ulicy w obcym kraju z niczym, bez dokumentów, telefonu i pieniędzy. Wypadek za granicą może nas kosztować fortunę, a opieka medyczna pozostawiać wiele do życzenia. Dla rodziny brak kontaktu może być niemałym stresem, a połączenie się z Internetem graniczyć z cudem.

Do tej pory byłam w 33 krajach i każda z tych podróży była cudowna, jednakże spotkało mnie też parę nieprzyjemnych sytuacji, gdy moje bezpieczeństwo było zagrożone.

Numer 1. Napad z bronią w ręku w mojej pracy w Wenezueli

Wydarzenie, które już dokładnie opisywałam tutaj(klik), jednak pozostawiło piętno na moim stylu podróżowania. Rabunek miał miejsce w mojej pracy, w biały dzień. Wcześniej nawet bym nie pomyślała o tym, że gdzieś może być niebezpiecznie. Teraz przejmuję się, patrzę na ludzi podejrzliwie, dużo się rozglądam, nie wyciągam telefonu, nie chodzę po ulicach sama w nocy, nie biorę ze sobą wartościowych rzeczy, nie ufam każdej napotkanej osobie. Brzmię jak paranoiczka, ale może mi przejdzie jak wylecę z Wenezueli. Dopiero teraz otworzyłam oczy i wiem, że nie każdy ma dobre zamiary. W krajach o wysokim odsetku zbrodni trzeba mieć oczy dookoła głowy, niezależnie od miejsca i pory dnia.

Numer 2. Włamanie do mojej pracy przez luk wentylacyjny


Okradli nas w pracy w biały dzień, a miesiąc później, w nocy, kolejni złodzieje rozerwali luk wentylacyjny, czołgali się w rurach, a na koniec próbowali wskoczyć do Instytutu, jednak dziura była zbyt mała, żeby się zmieścili. W głowie miałam schemat, że skoro już ktoś popełnił tam zbrodnie, to kolejnej nie będzie. Uśpiona czujność. Któregoś dnia zauważyliśmy, że luk wentylacyjny jest otwarty, ale nikt nie zwrócił szczególnej uwagi, pomyśleliśmy, że znów klimatyzacja się zepsuła. Po dwóch godzinach nie mogliśmy wytrzymać z gorąca i wyszliśmy na taras, a tam zastały nas otwarte rury. Złodzieje najpierw musieli skakać po budynku, żeby dostać się na taras. Złodzieje prześcigają się w pomysłach, a kreatywnością górują nas większością z nas. Nigdy nie wiadomo, gdzie taki złodziej się pojawi, może przejdzie przez drzwi, a może wyskoczy z klimatyzacji. Istny prison break.

Numer 3. Wypadek na skuterze w Brazylii

Wypożyczyłyśmy z siostrą skuter w Kolumbii i przekroczyłyśmy nim granicę z Brazylią. Na nasze nieszczęście przewróciłyśmy się, zdzierając sobie skórę z całych nóg, powodując zakażenia i oczywiście porysowałyśmy skuter(klik). Wyobrażałam sobie kary za skuter i to wypożyczony w jednym kraju, a uszkodzonego w innym. Tego całe szczęście udało nam się ich uniknąć, jednak zakażonych ran niestety nie. W tym momencie przejdę prosto do...

Numer 4. Leczenie medyczne w Amazonii

Gdy lekarz, pasujący bardziej na szamana, gazą zamoczoną w alkoholu próbuje zdrapać krew zmieszaną z ropą, to mam odruch wymiotny. Wszystko w otoczeniu komarów wprost z wilgotnej, amazońskiej dżungli. które, miałam wrażenie, zaraz mogą zarazić jakimiś wirusami. Będąc z dala od cywilizacji, bez żadnych technologii, otoczone tylko lokalnymi ludźmi musiałyśmy im zaufać. Antybiotyk, z polecenia naszego couchsurfera, kupiony bez recepty. Maść o dziwnej nazwie. Puchnąca noga. Krótkie rozważania nad amputacją. Dobrze, że wszystko odbyło się w tych spartańskich warunkach, bo jakby nas w Stanach naliczyli to do końca życia byśmy się nie spłaciły.

Numer 5. Brak kontaktu z kimkolwiek w Kolumbii

Moja siostra wyleciała, a ja po paru samotnie spędzonych dniach w Cartagenie(Kolumbia) wybrałam się do światowej stolicy narkotyków, Medellin. Z lotniska do centrum jechałam taksówką około godziny, nie znając żadnego adresu. Poprosiłam tylko, żeby kierowca zawiózł mnie w jakieś fajne, imprezowe miejsce. Trochę przeszłam się po mieście, poznałam paru ludzi, umówiłam się na wieczór. Szykując się do wyjścia, jak zwykle puszczałam reggaeton i telefon wypadł mi z ręki, zupełnie się rozwalając. Cały ekran, przycisk główny, nic nie działało, a ja w sobotnią noc zostałam w Kolumbii zupełnie sama, bez żadnego kontaktu ze światem. Nikt nie mówił po angielsku, wszystkie miejsca, gdzie mogłabym użyć Internetu czy naprawić telefon zamknięte. Nawet nie pamiętałam o której godzinie kolejnego dnia miałam lot powrotny do San Francisco. W końcu godzinę przed odlotem udało mi się naprawić telefon za jakąś ogromną kwotę. Wyleciałam z Kolumbii bogatsza o nowe doświadczenia, za to uboższa o miesięczną wypłatę i telefon, który tak był naprawiony. że zaraz się znów rozleciał.

Numer 6. Ktoś mnie śledzi!

Historia jak z taniego horroru. Jechałam od 3 dni wzdłuż Stanów, po 15 godzin dziennie, żeby coś zobaczyć, znów jechać cały dzień, spać w samochodzie i z rana dojechać na miejsce. Drogi, które nie są zbyt obfite w stacje benzynowe, ani inne pojazdy. Gdzieś między granicą Arizony z Utah, że tak kolokwialnie się wyrażę, na kompletnym zadupiu, musiałam zatankować. Godzina 3:00 w nocy, niezbyt dużo stacji jest otwartych w takich miejscach, ale lepiej spróbować, niż utknąć pośrodku niczego bez paliwa. Podjechałam i jakiś inny numer paliwa mi się pokazał, ale i tak wlałam. Stacja była zamknięta, ale całe szczęście w USA można płacić kartą na dystrybutorze. Jeszcze tylko z dziewczynami chciałyśmy skoczyć w krzaczki na siku, ale podjechał inny samochód, który wywoływał dziwne wrażenie. Kierowca miał zakrytą twarz, a pasażer podszedł nalać paliwo i patrząc w naszą stronę dziwnie się śmiać. Natychmiast wsiadłyśmy do samochodu, na początek nie chciał zapalić, co wywołało w nas panikę. Jechaliśmy, jechaliśmy, tamte osoby wydawało się, zostały w tyle, a my wciąż potrzebowaliśmy iść do toalety. Kolejna zamknięta stacja przed nami, tym razem po drugiej stronie drogi, zajeżdżamy, wysiadamy z samochodu, a ten sam jeep wjeżdża na stacje, mimo, że wcześniej jechał w przeciwnym kierunku. Jak już ruszyliśmy, to przez kolejne trzy godziny się nie zatrzymaliśmy, Ten samochód nas śledził przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów, aż w końcu udało nam się go zgubić. Siku zrobiłam kolejnego dnia o 9:00 rano.

Numer 7. Kupię Waszą córkę za 200 wielbłądów

Zaczepiający faceci to zmora każdej turystki. Wystarczy niebrzydka buzia, jasna karnacja i niebieskie oczy. Wpasowuje się w ten opis, także potencjalnych zakochanych jest co nie miara. Często słyszę niewybredne komentarze, oczywiście nie zwracam na nie uwagi, póki nie są zbyt intensywne. W Maroko, Tunezji, Turcji czy Egipcie było to niezwykle nasilone. Proponowanie małżeństwa, to nic w porównaniu z ofertami kupna mnie za 200 wielbłądów. Najlepiej to wszystko ignorować, bo kiedy z moimi przyjaciółkami zgodziłyśmy się na zaproszenie właścicieli naszego hotelu, żeby wyjść na imprezę nie skończyło się tak jak myślałyśmy. Specjalna VIP loża, nieskończone ilości alkoholu, prywatna ochrona. My chciałyśmy bawić się ze wszystkimi, poszłyśmy tańczyć na inne piętro, a za chwilę ochroniarze, agresywnie ściskając nasze ramiona, zaprowadzili nas z powrotem do loży. Nie ma nic za darmo.

Numer 8, 9, 10, 11 i 12. Obrabowali mi siostrę(pięć razy)!

8, 9 ,10 kieszonkowcy z Hiszpanii. Trzy razy w ten sam sposób, zabierając, bądź wyjmując rzeczy z torebki, straciła dokumenty, telefon, klucze. 11 i 12 to niestety napad z bronią w ręku na ulicy w Sao Paulo(Brazylia), gdzie obecnie mieszka. W ciągu miesiąca dwa razy ktoś wycelował w nią pistolet i kazał oddać wszystko co ma.


Z moich znajomych z Polski mało kto spotkał się z takimi sytuacjami, za to w Wenezueli nie mam znajomego, który nigdy by nie doświadczył rabunku. Samochody na światłach sygnalizacyjnych, telefony na ulicach czy cały dobytek w domu. Ludzi łapie tu znieczulica, temat kradzieży komentują krótkim ahhh znów. Wkrótce opiszę jak ustrzec się przed wypadkiem i jak zminimalizować ryzyko, a jeśli już się zdarzy to co robić(choć nie wiem czy powinnam pisać ten post, bo jak widać, nieszczęścia się mnie trzymają). Pocieszam się myślą, że zawsze mogłoby być gorzej. Są miejsca bardziej niebezpieczne, na przykład te, gdzie obecnie ja i moja siostra mieszkamy, ale podróżowanie samo w sobie NIE jest niebezpieczne. Najgorsze zagrożenie jest takie, że już nigdy nie będziesz chciał przestać! Tutaj pisałam co się z Tobą stanie, jeśli ruszysz w podróż(klik). Koniec końców, wciąż jestem cała, nigdy żadnej kończyny nie złamałam, ale za to mam mnóstwo historii do opowiadania!

To co, ryzykujesz i ruszasz w podróż?;)

Ja już Was nauczę, czyli jak to jest być nauczycielem w Wenezueli

Owoce, laurki, ciasteczka, przekąski, baloniki, uściski, buziaki. Nie opowiadam o prezentach na urodziny, ale o tych, które dostaję każdego dnia w pracy! Mam na imię Agnieszka i pracuję jako nauczyciel angielskiego w Wenezueli.


Powiem krótko, skończenie pedagogiki specjalnej było najlepszym wyborem mojego życia! Mogłam dzięki temu połączyć moje dwie największe pasje - nauczanie i podróżowanie. Nauczyciele są potrzebni na całym świecie! Nie mówię, że pracę można dostać tak łatwo, ale na pewno z jej poszukiwaniem jest łatwiej(tu pisałam o tym jak ja dostałam pracę w Wenezueli), niż powiedzmy będąc adwokatem. Jako, że mam wykształcenie pedagogiczne, mogę znaleźć pracę w większości placówek edukacyjnych, szkołach podstawowych, średnich, żłobkach, przedszkolach, instytutach językowych, itd. A pedagogika specjalna jest traktowana jako dodatkowy atut, bo oznacza, że mogę okiełznać dzieciaki z ADHD, robić układy z osobami z Zespołem Aspergera, a Zespół Downa nie jest mi straszny. Innymi słowy, jak jest jakiś trudny przypadek to wysyłają go do mnie.
Prace plastyczne moich uczniów, żeby tak jeszcze każdy facet miał kaloryfer

Czy jest jednak tak łatwo jak się wydaje? Nie! Pracuję na pełen etat, sześć dni w tygodniu i spędzam jeszcze godziny w domu na przygotowywanie lekcji. Czy jestem tym zmęczona? Czasami! Ale kocham to co robię!

To jak to w końcu jest uczyć Wenezuelczyków angielskiego?


Cudownie! Bez narzekania, praca marzeń. Wenezuelczycy są najmilszym narodem świata! Z tych co do tej pory poznałam, a byłam w 33 krajach, także coś już mogę powiedzieć. Nie narzekają, nigdy! Mimo tej całej sytuacji w Wenezueli(pamiętacie, pisałam o tym tu, tu i tu). Są wdzięczni, ale też zawsze żartują. Ze wszystkiego. -Aga, wolałbym mieć zajęcia z innym nauczycielem, nie podobają mi się Twoje metody.- W pewnym momencie rzuca mój student. Trochę ze smutkiem odpowiadam -Nie ma problemu, za chwilę porozmawiam z sekretarką, czy mógłbyś się przenie...- Nie kończę słowa i słyszę śmiech całej sali. -Hahahaha, Wy w tej Polsce to w ogóle się na żartach nie znacie.- I ściska mnie obiecując, że jutro przyniesie coś słodkiego, dla jego ulubionej nauczycielki, czyli jednak dla mnie. W głowie pojawia mi się myśl, że powinnam trochę wyluzować i nie traktować wszystkiego poważnie. Oni uczą mnie, że każdą sytuację można obrócić w żart! O ironio, wszyscy, na czele ze mną, żartują sobie z tego, że złodziej, który z bronią w ręku mnie okradł, był przystojny!

Wenezuelczycy chcą się uczyć, nie rodzice ich wysyłają na kurs, ale sami harują, żeby go opłacić. Bez wyjątku, wszyscy chcą wyjechać. Nie chcą opuszczać swojego kraju. Chcą wyjechać, żeby zacząć nowe życie, takie, gdzie nie będą musieli bać się chodzić po ulicach i, gdzie będą mogli kupić mleko, mąkę, cukier, pampersy, podpaski, szampon i wszystko inne czego w Wenezueli nie ma. Są zmęczeni i upokorzeni sytuacją, która dotknęła ich kraj, ale kochają go na zabój. Pierwsze co chcą odkrywać, to jego piękno, podróżować wzdłuż i wszerz, a dopiero później uwolnić się od socjalizmu i wyjechać.

Nikt nie używa telefonów na lekcjach(może to też zasługa nauczyciela? nieskromnie mówiąc), każdy chce się wypowiedzieć, spróbować swoich sił. O ile łatwiej pracuje się z osobami, które chcą się uczyć! Skubani też nie mają akcentu! Zazwyczaj hiszpański akcent jest dość mocny, ale w Wenezueli mówi się neutralnie. Wymowa idzie gładko. Czasy też. Gramatyka to już w ogóle. Jak nie znam słowa po hiszpańsku to dodaje do angielskiego jakąś samogłoskę na początku lub na końcu i czasem dzięki temu nie potrzebuję słownika. Porównując różne narody, nauczanie hiszpańskojęzycznych jest jednym z łatwiejszych.

Mam też paru uczniów z Zespołem Aspergera oraz Autyzmem, z czego jestem bardzo dumna! Potrafiłam zbudować ich zaufanie nawet w obcym języku. Ich sukcesy cieszą mnie i motywują, żeby nigdy nie przestawać.


Kogo uczę?


Mam grupy w każdym przedziale wiekowym, od maluchów po 4 lata do 40+. Od takich co ani słowa nie znają, do tych co przygotowują się do IELTS  czy innych egzaminów językowych. Na lekcjach posługuję się tylko i wyłącznie angielskim(mimo, że mój hiszpański już powoli zaczyna być średnio zaawansowany). Wiem, że moim uczniom to pomaga, zamiast tłumaczenia nieznanego słowa na hiszpański czytamy definicję po angielsku. Chcę, żeby myśleli w tym języku. Ja pokochałam angielski i tak prowadzę moje lekcje, żeby też go pokochali. Nie daję odpowiedzi, a zadaje pytania. Zmuszam do samodzielnego myślenia. Pracujemy na materiałach, które interesują moich uczniów, mam fanów literatury, więc targam ze sobą przeróżne książki, wielbicieli malowania, więc kupuję farby, miłośników piłki nożnej, więc razem wcielamy się w drużynę i nazywamy tych wszystkich zawodników, napastników, bramkarzy i ofensywę. Wierzcie lub nie, ale futbol to dla mnie to jedna z najnudniejszych rzeczy świata, więc chyba serio kocham uczyć. Kocham moich uczniów, kocham im jak i sobie stawiać wyzwania, opowiadać o świecie i o spełnianiu marzeń.
Mango to standardowy prezent od uczniów

Zrobiło się sentymentalnie, to na koniec z innej beczki. Puerto Ordaz, miasto, gdzie mieszkam jest dość spore, ale przez to, że jest niebezpiecznie, to wszyscy wychodzą tylko w parę miejsc. Nieraz zdarzyło mi się tańczyć i w tłumie widziałam machających do mnie moich uczniów. Czasem idę ze znajomymi na imprezę, a okazuje się, że jest ona w domu jednego z moich studentów. Dostaję zaproszenia na randki, prezenty, słodkości, ale to jest nieważne, bo dostaję wdzięczność, że z nimi jestem. Przyjechałam, żeby pokazać, że nie wszyscy chcą stąd uciekać, że świat dba o problemy Wenezueli i wcale nie są sami. Jestem całym moim sercem dla nich i z nimi.